poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Jak kobietę boli, to znaczy, że żyje.

Witajcie.

Dzisiaj chciałabym się odnieść do posta z bloga Malviny, który pojawił się już jakiś czas temu. Osobiście od dawna śledzę jej wpisy, które dość dosadnie opisują rzeczywistość. Oczywiście nie ze wszystkim się zgadzam, ale wielokrotnie okazuje się, że mamy bardzo zbliżone poglądy.
Tym razem chciałam się odnieść do Kobieta lubi, jak ją boli. Wpis dotyczy kobiet, które przez swoich ojców miały ciężkie dzieciństwo i w tej chwili są w jakiś sposób spaczone. Jednak ja chciałam się skupić na samym stwierdzeniu, że kobieta lubi, jak ją boli.

Po przeczytaniu tytułu zaczęłam się zastanawiać nad tym i doszłam do wniosku, że kurcze, coś w tym jest. Wiele kobiet i dziewczyn pewnie nie ma świadomych zapędów masochistycznych i po przeczytaniu tego co zaraz napiszę popuka się co najwyżej w czoło.


Kobieca autodestrukcja

Jednak kobiety działają w sposób autodestrukcyjny. I ciężko temu zaprzeczyć. Jesteśmy bardzo emocjonalne, nigdy nie zapominamy, wielokrotnie żywimy się własnym cierpieniem.

Kiedy facet ma problem to szuka jego rozwiązania, najkrótszej drogi z punktu A do punktu B.
Kiedy kobieta ma problem to analizuje, skarży się, rozdrapuje i kiedy w końcu podejmie decyzje to nadal zastanawia się czy podjęła dobrą.

Facet zapomina. Kobieta pamięta wszystko. 
Facet nie pamięta jaki kolor gaci założył dzisiaj rano. Kobieta pamięta, że 5 lat temu dostała od niego żółte róże zamiast czerwonych i nadal doszukuje się co to mogło oznaczać.
Mimo że, większość facetów nie ma zielonego pojęcia o tym, że kolory kwiatów coś oznaczają.

I co najgorsze, często wykorzystujemy to przy okazji sprzeczki lub kłótni. A my lubimy prowokować kłótnie, o tak, dla sportu. Tylko, że raniąc faceta, którego kochamy same obrywamy rykoszetem. I często mam wrażenie, że w kłótniach tylko o to chodzi, żeby nie było za różowo, za sympatycznie. Żeby ten kochany koleś, co przynosi nam śniadanie do łóżka w końcu nas zwyzywał i wygarnął co mu nie pasuje.


Szukanie dziury w całym

Godzinami potrafmy się zastanawiać czy to zająknięcie kiedy mówił, że nas kocha coś oznacza. Czy ma kogoś innego, albo przestało mu zależeć. A może chciał nam zasugerować, że przytyłyśmy, że nie smakował mu obiad tydzień temu, że ma nam za złe wydane pieniądze na nową bluzkę.

A potem to my ryczymy i cierpimy.
Na własną prośbę.

Facet takiego zająknięcia nawet nie zauważy. A jeśli przypadkiem zwróci na to uwagę, to po 5 minutach całkowicie zapomni i będzie się cieszył, że powiedziałyśmy mu, że go kochamy.

Z drugiej strony wiele kobiet stosuje taktykę grania słodkiej idiotki, przysłowiowej blondynki, a potem cierpią, że mężczyźni nie traktują ich poważnie.


Grzeczny seks to przeżytek 

Jest jednak pozytywny aspekt kobiecego masochizmu. Większość współczesnych kobiet jest znudzone grzecznym seksem przy zgaszonym świetle. Nie, one chcą być rzucone przez faceta na łóżko bez pytania czy mają na to ochotę. Pragną być sponiewierane i wymęczone przez swojego kochanka.
Seks dla kobiet to połączenie bólu z przyjemnością. Czułości z brutalnością.

I oczywiście w żaden sposób nie popieram tutaj teorii, że każda kobieta pragnie być zgwałcona. Chodzi tylko o to, że nie zawsze chodzi o to, żeby kochanek był czuły i delikatny. Czasem potrzeba kobietom mocniejszych bodźców, silniejszych doznań.

I nie ma, że nie wypada.



Modna i atrakcyjna o każdej porze.

To kobiety od wieków cierpią, żeby wyglądać lepiej od swoich sąsiadek i przyjaciółek, żeby ich facet nie oglądał się za innymi, żeby o każdej porze dnia i nocy być perfekcyjną, czy to w ubraniu, czy to bez niego.
Gorsety, rygorystyczne diety prowadzące do wycieńczenia organizmu, bolesne depilacje, przekłuwanie uszu, niewygodne obcasy, Po co to wszystko? Dlaczego nie można zastąpić tego inną mniej bolesną modą? Ale czy wtedy będzie widać prawdziwą kobiecość?


Kobieta wyzwolona... Czyżby?

Kobiety nie są już grzeczne, ale też nie są wyzwolone. Nadal musimy się mierzyć z demonami kobiecości. Nadal pragniemy bólu mimo że, większość z nas się do tego nigdy nie przyzna.
Czy to w łóżku, czy w relacjach partnerskich czy podczas zwykłych życiowych rozterek kobiety zadają sobie ból.
Czy to fizyczny czy to psychiczny, po prostu ma boleć, bo jak kobietę boli, to znaczy, że żyje.
http://www.psychosexual.com/pain-and-pleasure-masochism-as-a-psychosexual-disorder.html

sobota, 4 kwietnia 2015

Nie lubię świąt.

Od paru lat do każdych świąt podchodzę z miną Grincha. Najchętniej na czas świąt zaszyłabym się gdzieś na drugim końcu świata i przeczekała ten burzliwy okres.

Burzliwy? Przecież święta to czas radości, wolne od szkoły, pracy, czas spotkania z rodziną...
Nie.

Dla mnie święta to biały obrus na stole i trzy dni niekończących się kłótni.
W Boże Narodzenie jeszcze są prezenty, które ratują sytuację, ale to tyle. Kiedy mój materializm zostanie zaspokojony najchętniej bym uciekła. Nawet na zajęcia na uczelni. Byle jak najdalej od domu.

Gwoli ścisłości: mieszkam z rodzicami i babcią, nie mamy praktycznej żadnej innej na tyle bliskiej rodziny, żeby spędzać z nimi święta. Dlatego śniadanie wielkanocne różni się tym od innych posiłków, że na stole jest biały obrus i wszyscy są ubrani nieco ładniej.

I po co to wszystko? Bo tradycja? To może wprowadźmy nową tradycję, wedle której w święta będzie coś inaczej niż na co dzień.

Najgorsze jest to, że w przeciągu trzech dni trzeba wyrobić półroczną normę sprzątania. Bo przecież umycie podłogi w nieużywanym pomieszczeniu nie może poczekać kilku dni, bo jak to?
Przywitasz Jezuska z brudną podłogą? Nieumytymi oknami? Plamą za szafką, gdzie i tak nikt nie zagląda? Brudną łazienką, chociaż była myta tydzień temu?
Nie, tak nie można. Dla Jezuska musi błyszczeć choćbyśmy wszyscy padli twarzami na stół z wielkanocnym śniadaniem.

A jak sprzątamy to musimy współpracować. Niestety u mnie w domu współpraca kończy się wrzaskiem, rzucaniem przedmiotami i trzaskaniem drzwiami. Niestety, w tym domu nikt nie odpuszcza.
I potem siadamy do stołu względnie pogodzeni, bo przecież każdy dalej pamięta co usłyszał dzień wcześniej od drugiej osoby.

Niestety nie ucieknę na święta chociaż bardzo bym chciała. Nie miałabym serca ich zostawić samych z tym wszystkim.

Pochwalcie się jak u Was wyglądają przygotowania do Wielkanocy!
Życzę Wam, spokojnych świąt przede wszystkim :)

PS. przynajmniej na Wielkanoc są mazurki. Lubię mazurki :3


sobota, 28 marca 2015

To the moon

W sumie nie mogę ukrywać tego, że jestem dość wrażliwą osobą. Jednak żeby mnie wzruszyć potrzeba więcej niż typowej romantycznej historii, albo Titanica powtarzanego setny raz na jakimś Polsacie lub TVN.
Czasem zdarzy się, że mam lekko wilgotne oczy w momencie szczęśliwych zakończeń filmów albo nawet w wiadomościach (zazwyczaj temat dotyczy zwierząt, zwierzęta wzruszają mnie najbardziej). 
Dlatego teraz piszę nieco zaskoczona swoim zachowaniem, ponieważ właśnie popłakałam się nad grą komputerową. 
Popłakałam? Nie - poryczałam. Jak 13-latka po rozpadzie "One direction".

czwartek, 26 marca 2015

Deszczowa Warszawa

Pomyślałam, żeby zacząć pisać w formie różnorodnych kategorii. Nie mogę się zdecydować na konkretną tematykę, więc będzie trochę o codzienności, trochę moich "mądrości", jakieś miejsce na twórczość i zainteresowania również się znajdzie.
Myślałam o tym, że zacznę dzisiaj od zainteresowań, ale pogoda przypomniała mi mój wiersz sprzed paru lat. Napisałam go w deszczowy wiosenny poranek w piątek trzynastego :)
Dlatego tytuł to :

Warszawa trzynastego
Światła latarni lśnią blaskiem w deszczu
Asfalt wilgotny; czuć wiosnę w powietrzu!
Rośliny łakną kropel - szklistych łez nieba
Ludzie zlęknieni chowają się pod drzewa.
Pusta Warszawa zatopiona w kałuży
Deszczowa pogoda spacerom nie służy
Spływają do Wisły nurty niezmierzone
Mijają Syrenę, ich panią i żonę
Dzieci smutne, stłoczone przy oknie
Patrzą jak ukochany plac zabaw moknie
Bo ten dzień lepiej spędzić pod dachem
Niż wyjść na ulice z obawą i strachem
Nie tylko przez deszcz, lecz także dlatego
Że na kalendarzu piątek trzynastego
Warszawiak przesądny "Ryzykować nie mogę,
Gdy podczas spaceru czarny kot przebiegnie drogę!"
To wyjaśnienie tej pustki na ulicy
Polak dzień spędzi w cieple kamienicy.


W związku z zamieszczonym wierszem, wrzucę ten post do kategorii twórczości. Następny już będzie o zainteresowaniach, a mam ich dość sporo. Począwszy od tych związanych z moimi studiami, a skończywszy na grach komputerowych. Taaak, prawdziwa ze mnie "gamer girl" :D

Pozdrawiam cieplutko :)

środa, 25 marca 2015

Wiosna :)

Jest tak ślicznie i wiosennie, że aż się nie chce pisać pracy. Właściwie to nie chce się nic, poza leżeniem i gapieniem się w bezchmurne niebieskie niebo. 
Udało mi się dzisiaj podzielić się orzechami z dwoma sympatycznymi wiewiórkami, porobić kilka zdjęć w Łazienkach Królewskich i poobcierać nogi od nowych butów. Tak, dzień uważam za bardzo udany :)



środa, 21 stycznia 2015

Pigułka po, wstydliwi rodzice i koszmarna edukacja seksualna w polsce

Ostatnio dużo rozmawiam z różnymi ludźmi na dość popularny medialnie temat, czyli ta straszna pigułka po. Pominę tutaj kwestię jej działania, bo czy jest wczesnoporonna czy nie średnio mnie obchodzi. Niestety niektórych takie kwestie obchodzą aż za bardzo i dlatego postanowili decydować za same zainteresowane „osoby w potrzebie” o tym czy jest to moralne czy nie. Na szczęście stało się i pigułka po będzie u nas dostępna bez recepty.
Ale co to właściwie zmieni? Prawdopodobnie niewiele. Niektórzy przeciwnicy takiego rozwiązania upierali się, że będzie nadużywana i wykorzystywana jako jedyna forma antykoncepcji. Jednak mała garstka osób będzie w stanie korzystać z jednorazowej antykoncepcji w cenie 130 zł. Większość raczej nie da rady sobie pozwolić na częstsze zażywanie tego specyfiku.
Moim zdaniem decyzja rządu jest małym kroczkiem w stronę wyjścia z seksualnego średniowiecza i ucieczki z ciemnogrodu. Jednak tym czego tak bardzo brakuje w Polsce jest edukacja seksualna.
W tym kontekście odniosę się do innego tematu, tym razem ze Szwecji gdzie wyemitowano pierwszy odcinek bajki dla dzieci w wieku 3-6 lat. Niby nic dziwnego, ale głównymi bohaterami tejże animacji są męskie i żeńskie narządy rozrodcze skaczące wesoło po ekranie i śpiewające o tym jakie to one są super.
Moim skromnym zdaniem ten wiek może być zbyt wczesny do uświadamiania dzieci na temat seksu, jednak wydaje mi się, że w Polsce za to panuje przekonanie, że każdy wiek jest za wczesny.
W szkołach porządny WDŻ (wychowanie do życia w rodzinie) jest prawdziwą rzadkością. Więc kto ma uświadamiać młodzież o zasadach bezpiecznego seksu o rozwoju psychoseksualnym? Rodzice? Ale przecież większość polskich rodziców uważa ten temat jako największe tabu. Niektórzy najwyraźniej woleliby ich dzieci dalej wierzyły w bociana i kapustę.
Ale nie. Teraz mamy internet. A w internecie możemy się dowiedzieć, że za pierwszym razem nie da się zajść w ciążę oraz, że coca cola i domestos zabiją plemniki.
A gimnazjaliści nadal radośnie będą się bawić w „słoneczko”. I kiedy któraś panna przyjdzie z „brzuchem” to rodzic będzie się dziwił jak to możliwe?! Przecież nie tak wychował swoją córkę!
Dwudziestoletnie dziewczyny boją się iść do ginekologa, boją się porozmawiać z kimkolwiek o antykoncepcji, ryzyka chorób przenoszonych drogą płciową, a nawet o tym jak powinien wyglądać pierwszy raz. Wiele dziewczyn jest przerażonych tym, że nie wiedzą do końca co je czeka i jak mają się zachować.
A z drugiej strony mężczyźni w większości są strasznie egoistyczni w seksie, nie czują potrzeby zaspokojenia partnerki i uważają, że kiedy oni osiągną przyjemność to temat jest już całkowicie wyczerpany. Nie mówiąc o tym, że zdarzają się i tacy według których kobieta musi im „dawać” bo to jest jej obowiązek. Niestety taki przykład mogą mieć z domu, ale też z internetu w którym bardzo łatwo odnaleźć ciężką pornografię mogącą całkowicie zaburzyć spojrzenie nastolatka na seks.
Obecnie piszę pracę licencjacką na temat przemocy seksualnej w związkach i przeraża mnie fakt, że w niektórych kręgach nadal ludzie twierdzą, że nie ma czegoś takiego jak gwałt w małżeństwie. Wiele kobiet dowiaduje się, że jest ofiarą przemocy seksualnej dopiero po wizycie u psychologa do którego poszła z przekonaniem, że ma depresję. Dopiero on pomaga odkryć przyczynę złego samopoczucia i uświadamia kobietę, że ona nie ma obowiązku być na każde zawołanie swojego partnera i zgadzać się na wszystko co mąż z nią robi.
W Polsce brakuje porządnej edukacji seksualnej. Może niekoniecznie muszą być to skaczące po ekranie członki, ale brakuje swobody w mówieniu o seksie. W szkołach wdż jest odrzucany na drugi tor, bo nie jest obowiązkowy, a rodzice wpadają w panikę po kilku pytaniach swoich dzieci. W rezultacie nastolatka nie ma pojęcia z kim ma porozmawiać i szuka odpowiedzi na swoje krępujące pytania w internecie. A jak już wspominałam, zastosowanie się do znalezionych tam odpowiedzi może być tragiczne w skutkach.

wtorek, 20 stycznia 2015

Studia w teorii

Zbliżający się nieuchronnie koniec przedostatniego semestru licencjatu zmusił mnie do refleksji na temat sensu tego całego przedsięwzięcia. Jak dobrze pójdzie to za pół roku dostanę dyplom, a w internetowych ankietach będę mogła szczerze zaznaczyć, że mam wykształcenie „wyższe”.
Jednak do końca nie wiem co się zmieniło przez te 3 lata. Uczyłam się do egzaminów, czytałam o typach rodzin, zaburzeniach w rodzinie, pomocy społecznej, problemach etycznych, poznałam trochę psychologii od strony bardziej profesjonalnej (nie, artykułów na onecie nie zaliczam do tej kategorii).No i w CV będę mogła sobie wpisać ukończone studia, a w teorii +100 do znalezienia pracy. Niekoniecznie w zawodzie. Bo według tego co mówią będę asystentem, doradcą rodziny.
Załóżmy, że znajduję tą pracę w zawodzie. Przychodzi do mnie rodzina. Mówię „dzień dobry” i co dalej? Nagle okazuje się, że nie wiem jak z takimi ludźmi rozmawiać! Ale przecież uczyłam się na studiach różnorodnych teorii, twierdzeń, typów i poglądów, co sesje pisałam po 7 egzaminów z rzeczy, których musiałam się nauczyć na pamięć. Lecz pośród tego nie było nic co by mi pokazało jak się obchodzić z taką prawdziwą, żywą osobą z problemami. Jak z nią rozmawiać, co jej mówić, od czego zacząć spotkanie. Przecież nie zacznę od tematu rozwoju psychologicznego człowieka, albo cech rodziny dysfunkcyjnej, bo chyba nie o to w tym chodzi.
Poprzednie roczniki miały obowiązkowe praktyki, lecz z tego co wiem Uniwersytet w żaden sposób nie próbował pomóc znaleźć praktyk, które byłyby przydatne do czegoś. Oczywiście oferta praktyk jest bardzo bogata, ale nie dość, że ciężko się na nie dostać to w dodatku związane są bardziej z szeroko pojętą polityką społeczną, a nie z naukami o rodzinie. Poza tym skoro nie mamy obowiązku zaliczenia praktyk to nikt nie będzie chętny do pomocy w znalezieniu odpowiedniego miejsca do zdobycia doświadczenia w zawodzie.
Więc cóż, po skończeniu licencjatu nasza piątka (tak, mam 5 osób na roku :D ) zostanie rzucona na głęboką wodę i jeśli, którejś z nas przyjdzie do głowy szukanie pracy w zawodzie to będzie musiała się nieźle napracować, żeby przekonać potencjalnego pracodawcę do swoich umiejętności.
Na wielu kierunkach w tej chwili widać kult teorii. Bo po co komu praktyka skoro i tak nie znajdziemy pracy w zawodzie?
Mam wyższe wykształcenie, znam różne rodzaje czegoś tam i wiem kto wymyślił taką i taką teorię. Niestety nie mam pojęcia jak pani pomóc.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Początek :)

Cóż początki bywają trudne. Najlepiej najpierw się przedstawić, a potem powinno już pójść łatwiej.
Karolina, 21 lat, studentka Nauk o rodzinie na Uniwersytecie Warszawskim.
Mieszkanka stolicy od urodzenia.
Po co mi blog? Nie wiem. Może dlatego, że sesja za pasem, a najlepiej byłoby się zająć czymś niezwiązanym z nauką (chyba każdy student to zrozumie ;) )
O czym będzie? Również nie wiem. Pomysłów miałam tyle, że aż żadnego.  Począwszy od życiowych rozważań, czegoś w stylu pamiętnika, publikacji niedokończonego opowiadania schowanego gdzieś na dysku i czekającego na swoje 5 minut.
Myślę, że znajdzie się wszystko po trochu. Zwłaszcza jeśli chodzi o różnorodne przemyślenia, bo tego mam pod dostatkiem.
Dlatego z niecierpliwością czekam na rozwój wydarzeń, który pewnie samą mnie zaskoczy :)