sobota, 28 marca 2015

To the moon

W sumie nie mogę ukrywać tego, że jestem dość wrażliwą osobą. Jednak żeby mnie wzruszyć potrzeba więcej niż typowej romantycznej historii, albo Titanica powtarzanego setny raz na jakimś Polsacie lub TVN.
Czasem zdarzy się, że mam lekko wilgotne oczy w momencie szczęśliwych zakończeń filmów albo nawet w wiadomościach (zazwyczaj temat dotyczy zwierząt, zwierzęta wzruszają mnie najbardziej). 
Dlatego teraz piszę nieco zaskoczona swoim zachowaniem, ponieważ właśnie popłakałam się nad grą komputerową. 
Popłakałam? Nie - poryczałam. Jak 13-latka po rozpadzie "One direction".



Parę dni temu zakupiłam paczkę gier za niecałe 10 zł. Kupowałam nieco w ciemno, ale miałam nadzieję, że znajdę coś dla siebie.
Nie zawiodłam się.

Tytułem, który przykuł mój wzrok było "To the moon". Mimo że, nigdy nie interesowały mnie wyprawy w kosmos postanowiłam przyjrzeć się grze nieco bliżej. 

Cała historia zaczyna się kiedy dwójka bohaterów wyrusza do umierającego staruszka w celu spełnienia jego marzenia. 
Cały myk polega na tym, że nie spełniają oni tego marzenia, a jedynie manipulują jego wspomnieniami w taki sposób, że klientowi wydaje się, że jego marzenie się spełniło.
Umierający staruszek o imieniu Johnny ma jedno marzenie - podróż na księżyc. Jak się szybko okazuje, sam do końca nie pamięta skąd mu się to pragnienie wzięło.
I tutaj wkraczamy my, jako Eva i Neil, pracownicy Sigmund Corp (ach, ta delikatna freudowska aluzja :P ), którzy cofają się poprzez wspomnienia klienta do genezy pragnienia lotu na księżyc.
Dzięki takiej podróży w czasie poznajemy historię żony Johnnego, dowiadujemy się o jej tajemniczej chorobie, która odmieniła życie bohaterów. Cofając się dalej w przeszłość staruszka, odkrywamy dramatyczne wydarzenia z jego dzieciństwa, które miały wpływ na losy mężczyzny.
Ale przede wszystkim poznajemy historię niesamowitej i pięknej miłości, która połączyła dwójkę ludzi na dobre i na złe. 
Miłości, której symbolem był pluszowy dziobak i króliki z papieru.




A zakończenie, sprawiło, że patrzyłam na wydarzenia z szeroko otwartymi ustami i łzami cieknącymi po całej twarzy...

Poza niesamowicie smutnymi i wzruszającymi momentami gra posiada świetny soundtrack, ktory podkreśla najbardziej emocjonujące momenty z życia Johnnego. 


Podsumowując, polecam To the moon wszystkim, niezależnie od poziomu wrażliwości, bo jestem przekonana, że każdy przynajmniej kilka razy uśmiechnie się w czasie tej przygody, a momentami poczuje, że jego oczy stają się lekko wilgotne.

Poza wartością emocjonalną gra przywołuje jedną podstawową myśl - jakim genialnym wynalazkiem byłaby możliwość przywołania po latach wspomnień najważniejszych chwil z osobami, które kochamy. Bo przecież każde kolejne doświadczenia zniekształcają wspomnienia i uczucia. Ale niektóre dźwięki i przede wszystkim zapachy pozostają w naszej pamięci niezmienne przez lata.


Pozdrawiam zza sterty zapłakanych chusteczek :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz